REFLEKSJE

Opowiem Ci historię.

Być może zastanawiasz się, jaki jest cel tego bloga. W końcu sama nazwa na pierwszy rzut oka niewiele o nim mówi. Do kogo jest on kierowany? O czym będę tu pisać? Czy Ciebie to zainteresuje…? Już Ci wszystko tłumaczę. Uzbrój się jednak w cierpliwość. Najpierw opowiem Ci historię – pierwszą z wielu.

To było pospolite popołudnie.

Jak co dzień spędzałam je z córką. Jakaś zabawa, gotowanie obiadu (jedną ręką), usilne próby sprzątnięcia mieszkania (tak przy okazji) oraz generalne zajmowanie się dzieckiem. Dbanie o bezpieczeństwo jego i otoczenia, a także czystość co najmniej buzi, rąk i pupy. Z resztą różnie bywa. Jeśli jesteś matką, na pewno znasz ten scenariusz.

Punktem zwrotnym każdego mojego dnia jest powrót męża z pracy. Też tak masz?

Więc i tego pospolitego popołudnia, w końcu wrócił, mój ci on, wybranek życia, mężuś, mężulek.

Ratuj mnie!

Krzyczę. Ratunku… Patrz na Julę, idę załatwić swoje sprawy, bo ja cały dzień siusiu trzymam…! Spojrzał na mnie podejrzliwym wzrokiem, ten mój wybawca, choć nie starał się mnie zatrzymywać w biegu do toalety. Potem pyta się: ale jak to i dlaczego, bez siusiu, przecież co za problem… To mu tłumaczę: wszystko jest kwestią priorytetów. Mogłam lecieć z dzieckiem do tej toalety, ale… przez całe popołudnie miałam coś ważniejszego do zrobienia. Tak mu tłumaczyłam, codziennie. W końcu opisuję Ci nasze pospolite popołudnie.

Idziemy zjeść obiad. Tak – staramy się codziennie jeść wspólny obiad. A raczej obiadokolację. Mruczę pod nosem: olaboga, jaka jestem głodna. Nic nie jadłam pół dnia! Mężu na to: a dziecko? Bronię się: oj jadło! I zupkę, i owoc, i deserek, i w sumie pewnie już do kolacji nie będzie głodne. I znów historia kołem się toczy, mężu dopytuje: A czemu ty nie jadłaś razem z dzieckiem…? Eh, niedomyślny ten mój mąż. Przecież już mu tłumaczyłam (i dziś i wczoraj i przedwczoraj): po prostu miałam ważniejsze rzeczy do roboty. Wszystko jest kwestią priorytetów.

I właśnie w tym momencie nasze pospolite popołudnie przestało być pospolite.

W końcu, po 2 latach, mąż mi to powiedział.

Takie oto słowa…

(Mniej więcej.)

„Weź w końcu pomyśl o SOBIE! Musisz, po prostu musisz zacząć myśleć o swoich potrzebach, a nie tylko dziecka. Dasz radę. Wszystko jest kwestią priorytetów.”

W tym momencie jeszcze mu nie wierzyłam. Ale zaraz dodał.

„Mamy tylko jedno dziecko. A wyobraź sobie, że mielibyśmy ich więcej. Co wtedy? Ja wracam z pracy, a ty mi mówisz, że śniadania nie zjadłaś!?”

Musisz wiedzieć, że ja mam bujną wyobraźnię. Dosłownie wyobraziłam sobie mnie z dwójką dzieci. Owszem – nie zjadłabym śniadania. Dopiero ten bardzo realistyczny obraz przemówił mi do rozumu. Jednak minęło dobre kilkanaście sekund, zanim odpowiedziałam.

„No masz rację.”

Pff taki banał, powiesz.

Oczywiście, że banał. Jednak dla mnie – pracującej na cały etat kobiety, niestrudzenie próbującej pogodzić życie zawodowe z rodzinnym – to właśnie te słowa okazały się lecznicze. Zawsze zabiegana, nastawiona do życia zadaniowo, z wypchanym po brzegi notatnikiem pod pachą oraz głową pełną wielkich marzeń i ambicji, a w konsekwencji również frustracji – oto cały obraz mnie. Od dawna wiedziałam, że tak być nie powinno, że to niezdrowe, że muszę coś zmienić.

Przechodząc do sedna.

Zaczęłam drążyć tematy medytacji, mindfulness, życia w rytmie slow, radości z małych rzeczy, życia pięknego w swojej prostocie i szczęśliwego. Niespodziewanie odkryłam rzeszę ludzi, którzy tak niemodnie jak na Polaków twierdzili, że są szczęśliwi. Zaczęłam ich podglądać, na zasadzie „jak oni to robią…”.

Odkryłam, że się da. Można cieszyć się i słońcem i deszczem. Oddychać głęboko oraz świadomie. Żyć w tym chorym świecie, według jego zasad, płacąc podatki, a jednocześnie odczuwać radość. Szaleństwo! Odkryłam, że można mieć dziecko i robić siusiu wtedy, kiedy po prostu ma się na to ochotę.

Odkryłam życie, którego wcześniej nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. A już wiesz o mnie, że mam dosyć bogatą wyobraźnię.

I właśnie o tym będzie ta cała Tratva.

O życiu. Nie powiem – lepszym, gorszym. Na pewno: innym. Moim.

Generalnie ten blog ma 2 natury. Jedna – altruistyczna. Po prostu czuję, że MUSZĘ podzielić się tą tajemną wiedzą, którą chłonę. Druga – egocentryczna. Ma on być dla mnie motywacją ku temu, aby nie zapominać o sobie.

Bo to nie jest tak, że jestem jakimś zen masterem. Wcale nie. Miewam lepsze i gorsze dni. Często jestem niewyspana, czasami drażliwa, zdarza mi się odkładać matę do jogi na rzecz nowego odcinka jakiegośtam serialu na Netflixie.

Dlatego na pytanie „czym jest Tratva” odpowiadam: drogą. Nie przewodnikiem, ani przepisem na szczęście, a już w ogóle pamiętnikiem. Będzie zbiorem opowieści z drogi ku świadomemu, prostemu, szczęśliwemu życiu.

A Ciebie zapraszam do towarzyszenia mi w tej drodze!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *